„Wróciliśmy do gry” – rozmowa z Edwardem II

Z Jego Królewską Mością Edwardem II, Królem Dreamlandu i Elderlandu, rozmawia Gaston de Senancour.


Edward II, Król Dreamlandu i Elderlandu

Edward II, Król Dreamlandu i Elderlandu

Gdy w grudniu ubiegłego roku Wasza Królewska Mość wstępował na tron, otrzymał w schedzie państwo „zbankrutowane”, na wpół żywe, pogrążone w trwającym od wielu miesięcy stanie wyjątkowym, zasiedlone niemal wyłącznie przez weteranów. Pół roku później odrodzony Dreamland znajduje się ponownie w globalnej czołówce – za Księstwem Sarmacji, a przed tradycyjnie bardzo aktywną Republiką Bialeńską i resztą świata. Odżyła scena partyjna, działa kilkunastoosobowy parlament, rząd wychodzi z kolejnymi inicjatywami. Tendencja jest więcej niż obiecująca. 800 postów w kwietniu, 1200 w maju, 1400 w czerwcu i przeszło 2500 w lipcu. To chyba coś więcej niż chwilowa erupcja aktywności?

To efekt kilku czynników, niektóre mają konkretne twarze i nazwiska. Nie przywiązywałbym większej wagi do przywołanych liczb. Statystyki aktywności forumowej wskazują kierunek trendu, nie mówią jednak nic o jakości życia publicznego. Bez zdrowych fundamentów duże skoki są zapowiedzią jeszcze równie spektakularnych upadków – to przypadek wielu papierowych tygrysów. W kolejnych tygodniach spodziewam się „korekty” nieco przeszacowanego w tej chwili „kursu”, który powinien ustabilizować się na poziomie 60% wyniku z lipca. Tym, co ma realne znaczenie dla kondycji państwa, jest procentowy udział nowych obywateli w populacji całej społeczności. I tu sytuacja poprawia się z tygodnia na tydzień. Czynnikiem rozstrzygającym jest natomiast obecność jednostek, które „robią różnicę”: kreatywnych, zaangażowanych i odpornych na sytuacje kryzysowe. W mikroświecie „sytuacja kryzysowa” jest stanem normalnym. Mamy w Królestwie kilku takich liderów, liczę na kolejne wzmocnienia. Wierzę, że książę Witt, eksploatowany na każdym możliwym froncie, będzie miał komu przekazać pałeczkę. Wróciliśmy do gry.

Obecność nowej generacji obywateli to tylko jedna strona medalu. Z tygodnia na tydzień Dreamland staje się coraz bardziej „kosmopolityczny”. Szczególnie wymowna jest lista osób uhonorowanych Orderem Odrodzenia Dreamlandu. Znajdujemy tam Roberta Janusza von Thorna i P. T. Radzieckiego, w grudniu podobny zaszczyt spotkał Karolinę von Lichtenstein. Do Królestwa przybywają kolejne zastępy utytułowanych i doświadczonych „najemników”, którzy przyjmują dreamlandzkie obywatelstwo – ostatnio Vlaldimir Iwanowicz i Ivo Karakachanow, były Kanclerz Księstwa Sarmacji. Są również nabytki bardzo egzotyczne – Fiodor Spiridiuk i Aleksandra Swarzewska-Dostojewska. Jest wreszcie i chimeryczny książę Monderii – Kosma Medyceusz.

Traktuję to jako sygnał, że obraliśmy właściwy kurs. Stoimy przed realną szansą rozhermetyzowania Królestwa, otwarcia go na nowe wątki, nowy język, którego się tu dawno – lub nigdy – nie słyszało.

Porozmawiajmy o społecznych kosztach obserwowanego od kilku miesięcy odrodzenia. Na pierwszy plan wysuwa się obserwowana „anarchizacja” sceny publicznej, brutalizacja języka, dostrzegalna zwłaszcza w wypowiedziach nowej lewicy dreamlandzkiej. Niektórzy nie wytrzymali ciśnienia i wycofali się do swoich jaskiń – to przypadek Steda Asketila, Pavla Svobody i króla-seniora Marcina Mikołaja. Zapowiedź tego procesu, najwyraźniej spodziewanego, znajdujemy w grudniowej proklamacji z okazji wstąpienia na tron. Jak czytamy: „Siłą dawnego Dreamlandu była pewna doza okrucieństwa, z jaką odnosiliśmy się do jego funkcjonariuszy publicznych. To również siła niektórych młodszych państw, których nie krępują dawne przyzwyczajenia, bruderszafty i układy o nieagresji […] straciliśmy dawną szorstkość i nie sięgamy już po kij”.

Widzę, że odrobił Pan lekcję. Zgadza się. Ponownie sięgamy po kij. Lubię współczesny Dreamland. Lubię ten pozorny chaos, ożywczą atmosferę fermentu, klimat zwarcia dwóch światów. To jednak dwa odrębne wątki. Powrót do dawnej dynamiki życia publicznego to jedno. Rozumiem przez to coś więcej niż powrót do dawnego języka – to przede wszystkim odbudowa parlamentaryzmu, sceny partyjnej, etosu funkcjonariusza publicznego, zaufania do władz. Czymś innym jest natomiast to, co nazwał Pan „anarchizacją”. To etap przejściowy, nieuchronny w przypadku tak raptownej wymiany pokoleniowej, która przez całe lata była jedynie hasłem, teraz staje się rzeczywistością, i to właściwie z tygodnia na tydzień. Nowi nie uznają dawnych „bruderszaftów”. Z drugiej jednak strony – ci sami młodzi błyskawicznie uczą się reguł gry, wchodzą w napisane przez system role, bardzo często zasilają szeregi konserwatystów i obrońców starego porządku, wzmocnienia władzy króla, etc. Lewicę, dla odmiany, tworzą osoby doświadczone, weterani z 5-10 letnim stażem; wyjątkiem jest tu najmłodszy w tym gronie Torkan Ingawaar, ale i jemu doświadczenia nie brakuje. To właśnie tutaj, mimo wszystkich dzielących nas różnic, wyczuwam elastyczność, energię, odporność na martwy frazes ancien regime’u.

Dwóch najbardziej zdziczałych obywateli utraciło tytuł arystokratyczny, w tym znany onanista i performer Angus Kaufman. Jak zauważył Tacyt: Przy kierowaniu masami bardziej potrzebne są kary niż łagodność”. Czy WKM nie brał pod uwagę wariantu sarmackiego lub – chyba najbardziej opresyjnego – bialeńskiego? To chyba nie przypadek, że pierwsza trójka największych mikronacji to zarazem państwa cechujące się najwyższym poziomem dyscypliny społecznej.

Nie jestem pewien, czy Bialenia cechuje się „wysokim poziomem dyscypliny społecznej” i czy faktycznie zachodzi tu jakaś korelacja między demografią o aparatem represji. Z pewnością nie brakuje tam osób o temperamencie pruskiego junkra – przydatnych w każdej społeczności – ale czy można wydać jednoznaczną ocenę całego systemu? Grupa potrzebuje bulterierów i glonojadów, potrzebuje skrybów i kronikarzy, ale bez rozdygotanych Hamletów doskonale sobie poradzi. Poza tym co jakiś czas czytam o rewizji jakiegoś wyroku czy zatarcia winy, dyskutuje się o litościwym „wskrzeszeniu” rozstrzelanych, nie jest to zatem historia rodem z „Władcy much”, gdzie grupa nastoletnich rozbitków ze szkoły kadetów zorganizowała sobie gułag. To są, w pierwszej kolejności, diablo inteligentne chłopaki, bijące na głowę własnych rówieśników, a cechą młodej inteligencji jest zwykle bezkompromisowość.

A w Królestwie?

To klasyczny dylemat, sięgającego samych pierwocin filozofii polityki. W dużej mierze jednak anachroniczny, skutecznie skontrowany jeszcze w dobie przednowoczesnej przez ocierającego się o geniusz Machiavellego, który widział to mniej więcej tak: zważ, jakimi ludźmi przyszło ci rządzić. Jeśli są równi tobie – nie nadużywaj kar i nie okazuj surowości. Uprzedzając naturalny zarzut ze strony mniej życzliwego czytelnika – nie, nie czuję się mikronacyjnym wcieleniem „księcia”, nie odczuwam również potrzeby po sięganie po formuły współczesnej teologii polityki. Tu nie trzeba wielkich konstrukcji intelektualnych. Zarządzanie mikronacją ma coś z hydrauliki: to kwestia odpowiedniego rozłożenia akcentów, uregulowania ciśnienia, wentyli bezpieczeństwa, rozłożenia grodzi, ustawienia filtrów, i tak dalej.

Jest jeszcze miejsce na idee?

Nie tylko miejsce, ale i bardzo silne zapotrzebowanie. Mniej kolorowy jest natomiast żywot samych „ideologów”. Najbardziej zdeklarowany teoretyk za biurkiem w gabinecie ministerialnym zawsze wyda nam się skończoną pierdołą. Wyobraźmy sobie monarchistę Jacka Bartyzela w roli ministra edukacji. Albo Tomasza Gabisia lub choćby Adama Wielomskiego, chyba najmniej sprawnego intelektualnie z tej trójki, zabierającego się za reformowanie systemu edukacji w modelowym państwie demokracji liberalnej. Przy całej ich erudycji, elokwencji, retorycznego otrzaskania i orientacji w literaturze światowej, wyłożyliby się przy pierwszej próbie ingerencji w kanon lektur. Pewnych ruchów nie dałoby się wytłumaczyć już w silnie zmitologizowanym okresie międzywojennym („wtedy to były gimnazja, panie!”), gdy edukacja elementarna i jakość formacji humanistycznej przeciętnego przedstawiciela kasy średniej był nieporównanie wyższy niż obecnie, gdy ponad połowę wolnego czasu spędzamy na scrollowaniu fejsbuka czy śledzeniu seriali. „Idee mają konsekwencje”, to fakt, ale droga między papierem, który przyjmie wszystko, a praktyczną realizacją wybranej doktryny, jest długa; na tyle długa, że na smutnym końcu zostaje szare gówienko.

Nawet jeśli Wasza Królewska Mość nie widzi się w gronie mikronacyjnych zamordystów, lider dreamlandzkich komunistów widzi to inaczej. W najlepszym razie jest WKM dla niego znudzonym, faszyzującym „dekadentem”, jak w tym wierszu o poturbowanym Zaniku, dla którego „rynek” napisał rolę wariata.

I całe szczęście, bo dzień, w którym zaczniemy przemawiać jednym językiem i wzajemnie sobie przytakiwać, będzie początkiem końca całego przedsięwzięcia. Funkcjonujemy na dwóch biegunach. Nie jestem demokratą. Nie fetyszyzuję „woli większości”, traktuję ją instrumentalnie, wpisując w szerszą strategię przebudowy systemu, który ma zapewnić frajdę maksymalnie dużej liczbie obywateli. Ale nie wszystkim, to rzecz pewna. Nie jestem również liberałem, dlatego zarzut „zamordyzmu”, sformułowany w trakcie jednej z debat w Parlamencie, przyjąłem bez emocji.

Skłaniam się ku tak rozumianej idei Monarchii, pod którą prawdopodobnie podpisałoby się niewielu mikronacyjnych monarchistów i zapewne jeszcze mniej monarchów” – napisał WKM w grudniowej proklamacji. Zimą 2009 roku WKM stanął na czele Klubu Republikańskiego, odwołującego się do dziedzictwa klasycznego republikanizmu – Arystotelesa, Cycerona, Tytusa Liwiusza i Machiavellego. Czy republikanin na tronie odczuwa duży dyskomfort? Awatar jest wybitnie „niekrólewski”. I chyba niemodyfikowany od lat?

Raz jeszcze: to kwestia temperamentu, nie ideologii. Zaznaczę jednak na starcie, by uniknąć nieporozumień i płytkich skojarzeń: myśl republikańska nie ma wiele wspólnego z republikańską formą rządów, spekulacja na temat mechaniki ustrojowej odgrywa tam trzeciorzędną rolę. To po prostu kapitalny wykład antropologii politycznej – poradnik życia dobrego obywatela. Jak zauważył jeden ze współczesnych filozofów polityki, przedmiotem refleksji republikańskiej jest ustrój dobry, przedmiotem zaś refleksji demokratycznej jest ustrój demokratyczny. Życie „dobre” i życie „demokratyczne” to dwie różne ścieżki.

Czytałem. Wasza Królewska Mość podkreśla to w programie Klubu Republikańskiego. I dodaje, że kluczowym punktem tego stanowiska jest ideał aktywnego obywatelstwa. Bądź aktywny lub odejdź?

Pokusa ucieczki na pustynię jest duża, zwłaszcza w mikroświecie, gdzie nie brakuje osób po prosu zmęczonych codzienną rzeczywistością. Uczestnictwo w praktyce politycznej znamionuje dojrzałość – moralną i obywatelską. Stwarza lepsze możliwości zrozumienia własnej natury – tak przekonuje jeden z nurtów republikanizmu. Inny kładzie nacisk na fakt, że takie zaangażowanie to najlepsze zabezpieczenie własnych interesów. Grecy stale to podkreślali: uczestnictwo w praktyce politycznej stanowi o naszym człowieczeństwie. „Człowiek przestaje być ludzki, porzucając to, co polityczne”, jak pisał Leo Strauss, odnowiciel współczesnej filozofii polityki. Poza państwem ostoją się jedynie bogowie i zwierzęta – zauważył kiedyś Arystoteles. Mocno podkreśliłem to w mowie koronacyjnej, gdy odczuwałem silną potrzebę ideologicznego samookreślenia, sięgnięcia po czytelne etykietki. Odwołałem się wówczas do znanego fragmentu z „Wojny Peloponeskiej” (w telegraficzny skrócie: jednostka, która nie interesuje się życiem państwa, jest po prostu nieużyteczna). W „realu” nie brakuje i nigdy nie będzie brakować ludzi stroniących od zgiełku tego świata, wegetujących z dala nie tylko od polityki, ale w ogóle od innych ludzi. W mikroświecie taka postawa prowadzi do bankructwa całego państwa. Dlatego stale musimy trwać w tej gorączce. Pasywni emeryci wzbudzają w mikroświecie jedynie pogardę.

Czyli miałem rację, gdy odesłałem Steda Asketila do diabła, każąc mu się wynosić z Królestwa?

Nie miał Pan. Książę Asketil ma po prostu inny styl, co nie czyni go jednak „nieaktywnym” czy „zobojętniałym” wobec tego, co się dzieje w Królestwie.

Nadał Waszej Królewskiej Mości mało pochlebny przydomek. „Masarz”. To reakcja na zniesienie cenzury wulgaryzmów, która miała otworzyć w Dreamlandzie prawdziwe wrota piekieł.

Dobry i „masarz”. A wrota wciąż zamknięte.

Czemu służył eksperyment z Pawłem Zanikiem?

Na chwilę dopuściłem do siebie myśl, że wariat tylko udaje wariata. Że trzeba go przytulić, wyczyścić kartę i dać drugą szansę. Że się, po prostu, pogubił po drodze, zapętlił, zagalopował, a te wszystkie kolejne nazwiska i maski, kolejne powroty, są rozpaczliwą, mało przemyślaną próbą rehabilitacji w oczach mikronautów. Próbą wykrzyczenia ostatniego słowa. „Słuchajcie, to wszystko blaga i żart, ja wcale nie piję wody z sedesu, jestem równy chłopak, zbieram znaczki z królową Wiktorią”. Znam podobną osobę w świecie realnym.

I co się okazało?

Że jednak lubi swoją czarną kartotekę. I że ma poważny problem.

Trwa konferencja almerska. Zanosi się na ocieplenie relacji sarmacko-dreamlandzkich?

Relacje z Księstwem nie są złe. Nie na tyle, bym odczuwał dziś pilną potrzebę ich ocieplania. Nie spieramy się o łowiska, nie rywalizujemy o pola roponośne, nie poszatkowaliśmy mapy na strefy wpływów. Mamy kilka spraw do przedyskutowania. Wyczuwam życzliwość ze strony przynajmniej niektórych obywateli Księstwa, którzy włączyli się w proces przebudowy Księstwa. Cieszę się, że Sarmaci wyszli z propozycją rozmów, doceniam również otwartość Księcia. W tej chwili to prawdopodobnie najbardziej niedoceniany monarcha polskiego mikroświata.

Wasza Królewska Mość przygląda się przywódcom innych państw?

Siłą rzeczy. Na ogół jednak wszędzie widzę to samo – las drzew, rozgotowane warzywa, narastające znużenie i frustrację. Przede wszystkim jednak – urząd usztywnia, bardzo usztywnia. Czasem siadam przed monitorem, mam ochotę coś skomentować, napisać od serca, na nerwie, a tu nic. Mówiąc żargonem piłkarskim: drewno.

Drewno”?

Owszem. Rozmawia Pan z drzewem. Dlatego z perspektywy zewnętrznego obserwatora najciekawsze są zwykle osoby stojące w cieniu, mające istotny wpływ na mechanikę systemu.

Mikroświat się kurczy. Dreamland jest w tym momencie jednym z dwóch państw, które zdołały odwrócić niekorzystny trend.

Porozmawiajmy o czymś mniej banalnym.

Nalegam.

Mikroświat narodził się na przednówku mediów społecznościowych, gier przeglądarkowych i blogosfery. W pierwszych latach nie miał dużej konkurencji, zwłaszcza dla wielu samotnych chłopców i dziewczyn o formacji humanistycznej, mających ochotę na coś nieco ambitniejszego od gier planszowych. Później reguły gry się zmieniły. Kran został zakręcony. Mikroświat kurczy się od 2006 r., czyli od momentu, w którym osiągnął demograficzne apogeum. W ciągu trzech ostatnich lat ten proces nabrał tempa, w ciągu ostatniego roku regres następuje już skokowo, w najbardziej spektakularnym przypadku mamy do czynienia jedynie z „korektą” kursu w skali globalnej. Nieporozumieniem byłoby stwierdzić, że ofiarą „kryzysu” padła 80-osobowa Federacja Al Rajn. Państwa w takim kształcie po prostu nie było; był sułtan i maksymalnie kilku uczestników procederu klonowania na masową skalę, i to od 2009 roku. W tej chwili przybliżyliśmy się do poznania stanu faktycznego, który przez kilka minionych lat pozostawał zamaskowany i przekłamany, czego smutnym świadectwem pozostaną dawne rankingi i zestawienia. Potwierdzają to również dane z panelu administracyjnego „Kuriera”. Linki zostawione na forum Al Rajn nigdy nie miały więcej niż 5-10 odsłon, w przypadku pozostałych państw statystyki pokrywały się natomiast niemal idealnie. Globalna populacja nie spadła z dnia na dzień z trzystu do dwustu mieszkańców. Po prostu już od dawna nie było tych trzystu.

Ranking jako pośrednie źródło kloningu?

Niestety. Cyklicznie publikowany ranking popycha frustratów do zachowań mało chwalebnych – od sztucznego pompowania statystyk po tworzenie dodatkowych profili, czasem uzupełnianych kontami na profilach społecznościowych. Tak było w przypadku Federacji Al Rajn, gdzie kloner przez ponad pięć lat trwania procederu opublikował łącznie ponad 30 000 postów z kilkunastu różnych kont, do tego pokusił się o jakieś okazjonalne wpisy na facebooku.

Wróćmy jednak do samych rankingów.

O skali degrengolady przekonaliśmy się tej zimy, przy okazji kugarskiego rankingu aktywności forumowej, który publikowany był raz na tydzień, w nocy z poniedziałku na wtorek. Skutek był taki, że w niedzielę i poniedziałek na kilku forach polskich mikronacji dochodziło do nadzwyczajnej mobilizacji lokalnych animatorów życia publicznego, którzy dosłownie stawali na rzęsach, by wycisnąć z siebie 10, 20 lub 30 dodatkowych komentarzy, choćby na temat pogody czy obejrzanego filmu. Niechlubnego rekord nie należy jednak do Abachazji, która zasłynęła kilkoma setkami postów o treści „cze”, „tera nie mogę, bo mam obiad”, lecz do poczciwego Trizondalu, gdzie w trakcie jednego poniedziałkowego popołudnia, w ciągu 30 minut, jeden z mieszkańców opublikował blisko 50 komentarzy, odkopując przy okazji wątki sprzed roku czy dwóch. Parafrazując znany argument – zdrowa rywalizacja jest dobra, gdy jest zdrowa i dobra. Ta jest kompletnie pozbawiona sensu.

A raport demograficzny „Kuriera”? Mierzy nie aktywność, lecz liczbę obywateli.

Również przyniósł zgniłe owoce. Zupełnie wbrew pierwotnym intencjom. Publikowany był raz na pół roku lub raz na kwartał, w dodatku bez wcześniejszego uprzedzenia, więc mobilizacja na 5 minut przed północą nie tylko nie miała sensu, ale też nie była możliwa. I tu jednak regularnie dochodziło do wykłócania się o zaniżone „szacunki”. Każdy chciał wypaść jak najlepiej, a o miejscu w rankingu decydowały dosłownie jednostki. W końcu połowa uwzględnionych w raporcie państw nie miała nawet 10 obywateli, więc 1-2 w tę czy w drugą stronę decydowało zwykle o awansie lub spadku o kilkanaście pozycji. Pamiętam jeden budujący wyjątek. Wandystan. Tam nigdy nie czułem presji na wynik, a w przypadku przedostatniej edycji zostałem wręcz zrugany za „przeszacowanie”. Takiej presji pewnie nie było również w Sarmacji. Krezus nie rozpacza jednak z powodu miedziaków.

Ilu mieszkańców liczy dziś polski mikroświat?

Zapewne mniej niż dwustu, prawdopodobnie około stu pięćdziesięciu. Liczby to jednak nie wszystko. Mikroświat bardzo mocno się zestarzał, i tę jego cechę uważam za kluczową do zrozumienia jego obecnej kondycji. Mówię oczywiście o długości stażu obywatelskiego, nie o biologicznej metryce mieszkańców.

Coraz więcej państw złożonych z weteranów, którym się „nie chce” lub dają z siebie liche 10%?

Być może ktoś pokusi się kiedyś o raport, który ilustrowałby procentowy stosunek liczby weteranów do nowych obywateli. Nowych, to znaczy takich, którzy przybyli mniej niż, powiedzmy, rok temu. Nie zdziwiłbym się, gdyby ścisłą czołówkę wśród „najmłodszych” polskich mikronacji stanowiły w tej chwili Rzeczpospolita Obojga Narodów i Dreamland, gdzie przewaga „młodych” nad „starymi” powoli staje się miażdżąca. W skali globalnej jednak ton nadają weterani. Przesądza to o dynamice i jakości całego środowiska, które bardzo mocno skapcaniało, spalając się we wzajemnym okazywaniu sobie pogardy. Czytając niektóre wypowiedzi, również te formułowane na naszym forum, często przyjmuję pozę rodem z mojego mikronacyjnego awatara.

Zanik państw internetowych to wyłącznie polska specyfika? Jak to wygląda za granicą?

Ten proces obserwujemy w całym internecie. Sektor mikronacji anglojęzycznych w 90% tworzą dziś tak zwane <1 PPD nations, czyli państwa, w których pojawia się mniej niż jeden post dziennie. Na ogół są to 2-3 wypowiedzi miesięcznie, czasem 10. Górną granicę dla reszty jest liczba 350 postów, jakie w ciągu miesiąca są w stanie wykrzesać z siebie obywatele Królestwa Stormark. To jednak absolutna anomalia, porównywalna ze statusem Księstwa Sarmacji, tyle że tam dysproporcje między liderem a peletonem pościgowym są dziesięciokrotnie większe niż w u nas. Wchodzimy w ostatnią rundę, która zakończy pewną epokę.

Kilkaset milionów Anglosasów nie znalazło sposobu na ratunek? Również bawią się w 5-osobowe państwa? I to przy takim bogactwie własnej kultury, tradycji? Mimo Tolkiena, Lewisa, etc.?

Trudno tu o sensowną generalizację, która nie byłaby uproszczeniem i gwałtem na wyjątkach. Sektor anglojęzyczny zszedł ze ścieżki mitotwórstwa, zaczarowanych krain, kreowania światów alternatywnych, królestw, księstw i baronii rodem z europejskiego średniowiecza – to wszystko zeszło do niszy dla najmłodszych, stąd wrażenie porażającego niekiedy infantylizmu – na rzecz banalnego naśladownictwa świata realnego, bieżącej publicystyki, akademickich debat światopoglądowych, komentarza do „świata dorosłych”. Znajdziemy tam cały wysyp projektów edukacyjnych i dyskusji na temat ochrony środowiska, praw LGTB, slow food, weganizmu, sprawiedliwej dystrybucji dochodów, a wszystko to w społecznościach kilkuosobowych, pozbawionych możliwości choćby przetestowania dyskutowanych rozwiązań w codziennej praktyce. Nie chodzi tu o nadreprezentację wątków z takiej czy innej opcji ideologicznej. Chodzi o intelektualną niesuwerenność, kapitulację wobec tematów „zza brzegu”. W jednej z amerykańskich mikronacji doszło niedawno do secesji z powodu konfliktu między sympatykami Donalda Trumpa i Hillary Clinton. Mikroświat może przetrwać w jednym kawałku jedynie w ramach autonomii wobec makroświata.

Czyli, tak czy inaczej, wszyscy pomrzemy?

Niekoniecznie. Samobiczowanie liderów polskich mikronacji nie ma jednak sensu – uwiąd ma charakter globalny, po części uwarunkowany ewolucją całego środowiska internetu i zmianą formy spędzania czasu przed monitorem. Nieporozumieniem są również rytualne połajanki sfrustrowanych publicystów, którzy ze swoich samotnych ambon od lat powtarzają te same płaskie frazesy – a to o nadmiarze aktów prawnych, biurokracji, OPM, zjazdach realnych, socjalizmie, faszyzmie i złych moderatorach. To wszystko elementy bez znaczenia. Mikronacje gasną na całym świecie – od Alaski po Władywostok. Jak zauważył Pan na forum – nie zniszczył ich ani sekretarz generalny OPM, ani moderator Maciej Kamiński, ani socjalista Marcel Hans. Nie ma takiego „błędu”, którego nie można byłoby bezkarnie popełnić w czasach prosperity. I na odwrót – w latach chudych nawet najlepsza strategia nie przyniesie pożądanego efektu bez całego splotu pomyślnych okoliczności. Towar jednak schodzi z rynku. Lakierowanie nic da.

Co dalej?

Mimo wszystko jestem optymistą, ale nie liczę na odwrócenie trendu w skali globalnej, lecz na budowę czegoś zupełnie nowego, zapewne w oparciu o nowe narzędzia informatyczne. Być może jedynym ratunkiem w dłuższej perspektywie okaże się profesjonalizacja i komercjalizacja mikronacji, zwiększenie „miodności” poprzez dodanie nowych opcji, ewolucja w kierunku prostych gier przeglądarkowych, symulatora polityczno-gospodarczego, z istotną obecnością czynnika losowego. O tym jednak dyskutowaliśmy już siedem-osiem lat temu, później smaku narobił nam książę Piotr II Grzegorz, który zaczął pracować nad jakimś kosmodromem. Mikroświat potrzebuje w tej chwili życzliwego inwestora lub filantropa który sfinansowałby całe przedsięwzięcie w oparciu o sensowny, ambitny projekt.

Królestwo jest nieśmiertelne”?

Owszem. Dla mnie. Dla Daniela von Witta. Dla Steda Asketila. I zapewne kilku innych.

gaston